R     E     K     L     A     M     A

Jurek OWSIAK

Prezes Zarządu Fundacji WOŚP
Nigdy nie byłem kawoszem. Przynajmniej dopóty, dopóki w naszej Fundacji nie pojawiło się nowoczesne urządzenie - współczesny ekspres do kawy. Sekunda potrzebna do przyrządzenia kawy spowodowała, że zacząłem ją pić. I choć nadal nie jestem nałogowym kawoszem, to malutka, czarna kawa w przepysznej, małej, grubej, porcelanowej filiżance potrafi rano obudzić mnie do każdych zmagań. Generalnie wsypujemy kawę Tchibo, którą sam nawet parokrotnie kupowałem, ponieważ sklepy tej firmy prowadzą sprzedaż w bardzo miłej atmosferze, dając mi pełne prawo wyboru, mieszania i dobierania różnych rodzajów ziarn do jednej mieszanki.

Uwielbiam zapach kawy, zwłaszcza w momencie jej parzenia, chociaż z przeszłości mam jak najgorsze wobec tego rytuału wspomnienia. Pamiętam upiorne zalewanie wrzątkiem jednej lub dwóch łyżek sypkiej kawy, co w Polsce Ludowej było nagminne. Po dzień dzisiejszy zresztą w wielu miejscach utrzymał się fatalny zwyczaj nakrywania spodkiem zalanej wrzątkiem kawy. Z drugiej strony, pamiętam także rytuał kawiarniany, czyli syczące, wielkie kawowe bojlery, których konstrukcja bardzo mi się podobała. Mnóstwo świecących niklem elementów plus przepiękne rękojeści z sitkami do wkładania, zaciskania i wyciskania kawy. Pamiętam też legendę o tym, że kawę w tych sitkach wyciskało się po raz kolejny z tego samego sitka z tą samą zawartością...

Potem pamiętam obrzydliwy smak kawy wielkich korporacji i tzw. "fastfoodów".

Najbardziej jednak pamiętam unikalny smak prawdziwego rarytasu, jakim był naparstek kawy w maleńkiej filiżance wypity w Bistro w Caracas, stolicy Wenezueli. Było to kilka lat temu, kiedy produkowaliśmy film o Antylach Holenderskich i z krótką wizytą wpadliśmy do tego szalonego miasta. Nasz przewodnik na koniec dnia zapytał, czy chcemy napić się kawy, ale takiej
najlepszej, z najlepszego - wg jego zdania - ulicznego bistra. Co mnie zdziwiło? Że inni zamawiający kawę "płacili" za nią bonami. Czyli funkcjonował tam swoisty abonament na kawę. Jej smak, czyli tych parę łyków, mam w sobie po dzień dzisiejszy i podobną wypiłem jeszcze tylko w dwóch miejscach. Po pierwsze -  na Sri Lance w Colombo, gdzie po zaciągnięciu ostatniego łyka po prostu odjechałem, autentycznie zacząłem osuwać się z krzesła i dzięki szybkiej reakcji naszej ekipy po prostu nie poległem pod
stołem (myślę, że to nie była wina kawy, tylko mojego zmęczenia). Po drugie - w Jordanii, gdzie nasi przewodnicy tłumaczyli nam, że to nie Turcy, a właśnie oni, Jordańczycy, są specjalistami w przygotowaniu kawy.

O tym, kto jest specjalistą od kawy, słyszałem już w wielu zakątkach świata i ogólnie mogę to podsumować tak - dobrze zrobiona kawa jest po prostu dobra.

Za to najgorsza kawa, jaką piłem, to napój sprzedawany we wszechobecnych przydrożnych bistrach w Stanach Zjednoczonych. Jest ohydna, pełna goryczy i przynajmniej dla mnie-  nie do wypicia. Przy nich naprawdę rarytasem jest kawa wypita na jednej z polskich stacji benzynowych.

Aha. Słodzę kawę niewielką ilością cukru i raczej staram się nie pić jej dużo, choć ta wspomniana mała filiżanka już teraz bywa mi bardzo potrzebna.
Oczywiście rano.

Jurek Owsiak

SKOMENTUJ ARTYKUŁ

Aktualnie brak komentarzy do tego artykułu.
Bądź pierwszy - dodaj coś od siebie!

WARTO ZOBACZYĆ


CaffePrego na FACEBOOKU

Wszelkie prawa zastrzeżone © Caffè prego! 2017
Projekt i wykonanie: Netsoftware
   |    Reklama    |    O Nas    |    Kontakt z Redakcją    |    Regulamin Konkursowy