R     E     K     L     A     M     A
Zapraszamy kawoszy, baristów, blogerów, herbaciarzy, kucharzy, smakoszy - wszystkich pozytywnie zakręconych na punkcie smaku! Masz artykuł? Chcesz napisać o czymś ciekawym? Napisz do nas - [email protected]
Zastrzegamy sobie wybór nadesłanych tekstów oraz zmiany tytułów.
Strona Główna » Artykuły » O kawie » KAWA z KARAIBÓW

KAWA z KARAIBÓW

Jak kradnąc, unikając piratów i umierając z pragnienia, dowieziono kawę na Martynikę.
Wygląda na to, że w historii kawy kobiety zajmowały się głównie szpiegowaniem i przemytem. I robiły to tak zręcznie, że sama Mata Hari mogłaby się wiele nauczyć. Tym razem opowiemy o drodze kawy na Martynikę i o śmiałym złamaniu monopolu Holendrów. Następnym razem – o pięknej gubernatorowej Gujany, dzięki której kawa dotarła do Brazylii.

Na początku XVIII wieku kawa była już powszechnie znana w Europie i cieszyła się dużą popularnością. Jej jedyną wadą było to, że była holenderska. To właśnie Holendrzy wykradli i przeszmuglowali z arabskiego portu Mokka sadzonki kawy, które wspaniale rosły w ich zamorskich koloniach. Holendrzy pilnowali ich jak oka w głowie i utrzymywali monopol w całej Europie. Mogli dzięki temu narzucać dowolne ceny – Europa szalała za kawą i była w stanie zapłacić sporo. Łatwo sobie wyobrazić, że sprawa kawy dręczyła wielu kupców – z wyjątkiem holenderskich oczywiście. Niejeden europejski kraj wiele by dał za własne plantacje.
Szczególnie Francuzi, którzy wyjątkowo rozmiłowali się w kawie, ubolewali nad swoim uzależnieniem od holenderskich dostaw. A zadowoleni z siebie Holendrzy mieli jeszcze czelność podarować Ludwikowi XIV jedną kawową roślinkę, żeby mógł umieścić ją w królewskim ogrodzie botanicznym. Doszli prawdopodobnie do wniosku, że z jednej roślinki dużego plonu nie będzie i nikt nie ośmieli się nawet dotknąć prezentu przeznaczonego dla króla. W ten sprytny sposób Holendrzy chcieli się popisać swoją potęgą i zagrać Francuzom na nosie – co w końcu stało się ich zgubą.

Ludwik XIV nie przykładał szczególnej wagi do kawy, sadzonka więc, zgodnie z przewidywaniami Holendrów, została zasadzona w ogrodzie botanicznym, gdzie rosła pod czujnym okiem królewskiego ogrodnika. I wszystko zapewne toczyłoby się dawnym torem, gdyby nie stacjonujący na Martynice młody francuski oficer, Gabriel-Mathieu d’Erchigny de Clieu. Podczas przepustki do Paryża zdołał dokonać dwóch rzeczy: zakochać się z wzajemnością w młodej dwórce i zobaczyć krzew kawowy w ogrodzie botanicznym. Choć jedno z drugim pozornie nie miało nic wspólnego, historia dowiodła, że jest inaczej.
Gabriel-Mathieu namówił ukochaną do śmiałego postępku - wykradzenia kawowej sadzonki z ogrodu, sprzed samego nosa straży i ogrodników. Dama musiała mieć naprawdę sporo sprytu oraz wdzięku, bo udało się jej namówić do pomocy jednego z królewskich medyków, który bywał często w ogrodzie, gdyż z rosnących w nim ziół przygotowywał medykamenty. Razem wypełnili zadanie, ryzykując zresztą straszliwą karę za kradzież królewskiej własności. Gdyby nie ta szlachcianka, de Clieu nie miałby co marzyć o zrealizowaniu swojego zamysłu. A plan był następujący: zasadzić i rozmnożyć roślinkę na Martynice i w konsekwencji uczynić z wyspy coś w rodzaju francuskiej Jawy. Wykradzenie sadzonki było dopiero pierwszym krokiem. Teraz należało dowieźć ją na Martynikę.

Wraz z końcem swojej przepustki de Clieu zapakował ostrożnie cenną roślinę w szklany pojemnik, zawinął go we własne ubrania i tak przemycił na pokład statku. Tam zaczęły się kłopoty. Najpierw wokół Francuza, codziennie wynoszącego kawę na pokład statku, żeby zaznała nieco słońca, kręcił się podejrzany jegomość,mówiący co prawda po francusku, ale z podejrzanie twardym, jakby niderlandzkim akcentem. Raz udało mu się nawet zniszczyć jedną z niewielu gałązek, gdy nieostrożny Francuz zdrzemnął się na słonecznym pokładzie. Na szczęście potencjalny holenderski szpieg opuścił statek na Maderze, przynajmniej ten problem był więc rozwiązany. Niestety, zaraz potem na okręt napadli piraci. Ich atak udało się odeprzeć i statek razem z kawą i de Clieu wymknął się pogoni. W ataku jednak stłukło się naczynie, w którym rosła kawa. Okrętowy cieśla szybko sporządził inne, ale i ono nie przetrwało długo – rozpadło się podczas sztormu, który rozszalał się po pirackim ataku. Jakby tego było mało, cała cenna sadzonka skąpała się przy tym w słonej wodzie i de Clieu spędził później cały dzień, starannie przemywając listek po listku. Ponieważ jednak morze nie szczędzi podróżnikom rozrywek, po szalonym sztormie ogarnęła je cisza morska. Przez wiele dni statek dryfował w żółwim tempie. Nieuzupełnione na czas zapasy kurczyły się z dnia na dzień, zaczęto więc wydzielać coraz mniejsze racje żywności oraz słodkiej wody. Nikt oczywiście nie uznał za stosowane wydzielić osobnej porcji wody dla kawowej sadzonki, de Clieu zatem,wynosząc ją codziennie na rozgrzany palącym słońcem pokład, przez niemal miesiąc dzielił z nią swoją coraz mniejszą rację. Kiedy statek nareszcie przybił do portu na Martynice, de Clieu był już tak związany z roślinką, że – jak pisze w swoich pamiętnikach – uważał ją za najważniejszą rzecz w życiu. Posadził ją w swoim ogrodzie, w miejscu, które wydało mu się najbardziej odpowiednie, a ponieważ nie mógł pozbyć się myśli, że roślince coś zagraża, najpierw otoczył ją kolczastymi
krzewami, żeby ją zasłonić i zniechęcić nazbyt zainteresowanych, później zaś w ogóle postawił przy niej straż, która czuwała dzień i noc. Na szczęście mała sadzonka kawy mimo tylu przeżyć miała się dobrze i natychmiast doskonale przyjęła się w ogrodzie. Już dwa lata później, w 1726 roku, de Clieu zebrał pierwsze plony. Ziarna i sadzonki rozdawał wszystkim, którzy chcieli go słuchać i mieli do dyspozycji choć kawałek ziemi – w ten sposób powoli budowała się francuska potęga kawowa na Martynice i innych wyspach Morza Karaibskiego. W 1730 roku pierwsze ładunki kawy dotarły do Paryża. Dzięki konsekwentnemu preferowaniu własnej (tańszej niż holenderska) kawy francuskie plantacje szybko zaczęły prosperować i nie tylko zaspokajały rynek francuski, ale także eksportowały kawę do innych krajów. W uznaniu zasług i poświęceń de Clieu dostąpił zaszczytu osobistej prezentacji na królewskim dworze. Królem był już wtedy kolejny Ludwik – tym razem XV – który w przeciwieństwie do swojego poprzednika był wielkim miłośnikiem kawy.

Ostatecznie wszystkie francuskie krzewy kawowe pochodziły od krzewu lekkomyślnie podarowanego przez Holendrów, wykradzionego przez piękną dwórkę i przewiezionego na Martynikę przez dzielnego oficera marynarki. W czasie swojej świetności Karaiby, choć kojarzą się raczej z rumem, zaspokajały trzy czwarte europejskiego popytu na kawę. Okrutne warunki, w których pracowali na plantacjach niewolnicy, szybko jednak doprowadziły do buntu, po którym karaibskie plantacje nigdy nie wróciły do dawnej świetności.

Agnieszka Kąkol
Filiżanka Smaków” nr 4 (24), wakacje 2011
www.filizankasmakow.pl

SKOMENTUJ ARTYKUŁ

Aktualnie brak komentarzy do tego artykułu.
Bądź pierwszy - dodaj coś od siebie!

WARTO ZOBACZYĆ


CaffePrego na FACEBOOKU

Wszelkie prawa zastrzeżone © Caffè prego! 2019
Projekt i wykonanie: Netsoftware
   |    Reklama    |    O Nas    |    Kontakt z Redakcją    |    Regulamin Konkursowy